czwartek, 1 maja 2014

Kruk

                Obudziłam się o rano. Słońce już dawno wzeszło. Łagodne promienie słońca gładziły mnie po twarzy. Na dworze było jeszcze chłodno, ale wiadome było, że dzisiejszy dzień będzie bardzo gorący. Miałam ochotę na spacer, ale nic by z tego nie wyszło.
                Nagle usłyszałam dźwięk dzwonka od drzwi frontowych. Wstałam powolnie, ciekawa kto mógłby zagościć u nas o tak wczesnej porze. Uchyliłam drzwi i ostrożnie przez nie wyjrzałam. Usłyszałam ułamek rozmowy jakiegoś młodego chłopaka z moją mamą.
- Czy zastałem może Anię?
- Tak, ale ona jeszcze śpi – odpowiedziała mama.
- Yhym. Mogłaby pani jej przekazać, że będę czekał na nią dzisiaj o szesnastej w parku?
- Przekażę. A można wiedzieć jak masz na imię?
- Łukasz. – odpowiedział chłopak łagodnym, ale męskim głosem. Skądś znałam ten ton. – Dziękuję, do widzenia.
- Do widzenia – pożegnała się mama, zamknęła drzwi i ruszyła do kuchni.
Nie kładłam się z powrotem do łóżka. Pospiesznie się ubrałam, szybko związałam włosy i wybiegłam przed dom. Niestety tajemniczego chłopaka, który prosił o spotkanie nie było ani śladu. Wróciłam do domu. Przemyłam twarz i poszłam do kuchni na śniadanie. Mama robiła sobie właśnie jajecznicę.
- Myślałam, że śpisz – powiedziała stojąc tyłem do mnie. – Znasz go?
- Nie wiem, nie zdążyłam go zobaczyć – powiedziałam obojętnym tonem.
- Przedstawił się jako Łukasz.
- Wiem.
- Skąd go znasz? – zapytała tak jakby prowadziła dochodzenie.
- Nie wiem kto to był.
- Yhym. – odburknęła. – Chcesz jajecznicy?
- Przecież wiesz, że nie lubię.
- No tak zapomniałam. Przyniósł ci jakiś list.
- Gdzie on jest?
- W przedpokoju.
Udałam się pospiesznie w stronę drzwi wyjściowych, na komodzie leżał list w moim ulubionym odcieniu zielonego. Poszłam z nim do swojego pokoju, usiadłam na wygodnym, brązowym i już nie modnym fotelu. Przyjrzałam się dokładnie kopercie. Solidnie go zaklejono. I dobrze. Przynajmniej miałam pewność, że mama nie zdążyła go przeczytać. Patrzyłam się na niego jak sroka w gnat.
- Nie, nie otworze go.
Ruszyłam z powrotem do kuchni.
- I co napisał? – jak zwykle dokładnie musiała mnie przesłuchać.
- Nie otworzyłam go.
- Dlaczego? Nie jesteś ciekawa co jest w środku?
- Nie.
Wzięłam sobie coś do jedzenia i wróciłam do swojego pokoju. I jak zwykle siedziałam w tej małej klitce niczym więzień. Okno wychodziło na nudny ogródek. Byłam odcięta od świata nigdzie nie mogłam wychodzić, niczego nie wolno było mi powiedzieć. Musiałam mieć same szóstki i zero przyjaciół. Miałam po prostu być sama.
Myśli samobójcze były na porządku dziennym, ale bardziej od swojej śmierci pragnęłam wyjechać z tego domu gdzieś najdalej. Nie widzieć już więcej rudej, pięknej i zadbanej matki. Nie rozumiałam dlaczego ona mogła mieć wszystko, a mi nie należało się nawet przemalowanie białego pokoju na bardziej żywszy. To tak jakby miała psa, któremu dawałaby tylko jedzenie i uczyła nowych sztuczek. Zero biegania i zero wychodzenia z klatki. Pustka w życiu.
Była godzina 7 rano. Postanowiłam odrobić lekcje i nauczyć się wszystkiego czego jeszcze nie umiałam. Trwało to do godziny 15. Materiału było sporo. Ubrałam się, uczesałam i wyszłam przez okno na dwór. Mamy już nie było od co najmniej trzech godzin. Dom był zamknięty na klucz, którego niestety nie posiadałam. Wyszłam przez okno, wzięłam miętową damkę mamy i pojechałam do parku.
Usiadłam na ławce. Była równa 16.00. Otworzyłam list i czytałam uważnie.

Wiedziałem, że nie otworzysz od razu.

                Coś mi mówiło, żeby wracać do domu. Ale czytałam dalej.

Wiedziałem, że usiądziesz akurat na tej ławce. Wiem, że codziennie przechodzisz przez park do szkoły. Wiem, że codziennie kupujesz sobie tą samą bułkę z budyniem i wodę. Wiedziałem, że wymkniesz się przez okno.

                Znowu przerwałam. Zaczęłam tym razem się naprawdę bać. Złapałam za rower mamy i już chciałam wracać, ale z powrotem usiadłam na ławce i zaczęłam czytać dalej.

Nie mam wpływu na twój strach. Nie chce, żebyś się bała. Boję się tobie ukazać, ale obserwuje Cię z ławki naprzeciwko.

                Automatycznie tam spojrzałam. Ławka była pusta. Kontynuowałam lekturę.

Wiedziałem, że mnie nie zauważysz. Bo nie  możesz.

W tym momencie przerwałabym czytanie i wróciła do domu, ale w oczy rzucało się drukowane zdanie:

WRÓĆ DO JASNOŚCI, NIE TRWAJ W CIEMNOŚCI. Spal list.

Wrzuciłam list do pobliskiego śmietnika i złapałam za rower. Już chciałam na niego wsiadać, ale coś przeleciało nad moją głową i zanurkowało w prawie pusty śmietnik. Chciałam zajrzeć do środka, ale w tym samym momencie coś czarnego walnęło mnie w twarz. Przewróciłam się na ziemię. Tym razem naprawdę złapałam za rower i pędziłam w stronę domu. Żałowałam, że w ogóle z niego wyszłam. Czułam, że coś za mną leciało z zawrotną prędkością.
Nie mogłam się obejrzeć. Pędziłam tak szybko, że zahaczyłam kołem o wysoki krawężnik i rąbnęłam prosto w szybę przystanku od środka.
Podniosłam głowę i zobaczyłam jak zawraca, po czym uderza w szybę od przystanku. Rozległ się ogromny huk. Pękła cała szyba, a na środku niej był czarny kruk z wbitym dziobem i zieloną kopertą. Jego szaro-niebieskie oczy patrzyły się wprost na mnie.
List wypadł mu z dzioba.
- Tak bardzo chciałem Cię zobaczyć. Teraz już będziemy razem – powiedział do mnie obolałym tonem, tym samym co chłopak, który zawitał dziś rano u mnie w domu i upadł na ziemię.
Nagle poczułam przeszywający ból w klatce piersiowej. Z każdej strony tryskała krew. Czułam jej zapach i smak.
Upadłam. Zdążyłam tylko zauważyć rudowłosą kobietę i jej bardzo znajomy głos.
- Nareszcie będziesz szczęśliwa.
Nie zobaczyłam już nic, nigdy więcej.

czwartek, 10 kwietnia 2014

Wszystko może być niczym

Idę przez życie twardo, nieugięcie, nie poddaje się po jednym potknięciu chociaż zdzieram sobie buty, wiatr plącze mi włosy a deszcz pluje mi w twarz, ale co z tego? Skoro nadal żyje to muszę iść dalej. Nie poddać się chociaż wszystko jest przeciwko mnie. Coś próbuje mnie przygnieść, nie pozwala mi dalej iść. 


               Ten wieczór był wyjątkowo chłodny. Nie miałam płaszcza, grosza przy duszy i nikogo kto mógłby przy mnie być. Ciemna uliczka ciągnęła się w nieskończoność. Słyszałam tylko moje zgrzytanie zębów i szuranie butów o dość wyniszczoną już kostkę uliczną. Bluza jaką złapałam przy okazji wychodząc z domu, wydawała się jeszcze bardziej szara i przygnębiająca i słabo dająca jakiekolwiek ciepło.
                Szum wiatru dawał o sobie znać. Szłam trzymając się mocno za ramiona i próbując się ogrzać. Iskierka blasku pojawiła się na końcu uliczki. Odmienna biała, już nie pomarańczowa latarnia. Patrzyłam się na nią nie do końca wiedząc dlaczego jest odmienna. Dawała tyle światła. Dużo więcej niż cała ulica zwykłych pomarańczowych kul obsadzonych na ozdobnych czarnych słupach.
                Jedna rzecz może być wszystkim, niż wszystko bez jednej rzeczy.

sobota, 18 stycznia 2014

I że cię nie opuszczę, aż do śmierci

                Czasami tak jest, że coś musi pójść źle, aby inna rzecz mogła być wspaniała…
                Ten ranek zapowiadał się szary, nędzny i bez uczuć. Pościel nie pachniała już nim tak intensywnie jak wczoraj. Nie było go tutaj. Miałam wielką ochotę spojrzeć na telefon, sprawdzić czy nie ma tam jakiejś wiadomości, ale coś mnie powstrzymywało. Nie chciałam jeszcze wstawać. Nie chciałam jeszcze się obudzić. Za oknem wielkimi płatami padał śnieg, oziębiając i tak już nudną atmosferę w moim pokoju.
                Od czterech lat nic się w nim nie zmieniło. To samo łóżko, szafa, zniszczone biurko i nudny brązowy dywan. Nie był przytulnym miejscem, ale jednak moim  ulubionym kątem w tym domu. Masywne firanki w róże, aż do ziemi ciążyły bardziej niż dotychczas.
                Odezwał się telefon. Ciche wibracje poruszyły coś w głuchej ciszy sztywnego pomieszczenia. Serce załomotało mi w piersi. ‘Może zmienił zdanie? Może już się nie gniewa? Może to co wczoraj się wydarzyło to tylko sen?’ Tym razem bez wahania odczytałam otrzymaną wiadomość. Cicha nadzieja nagle we mnie ożyła ocieplając od środka.
‘Cześć  :* Wyskoczymy gdzieś dzisiaj?’ „Otrzymane od ‘Wika’”
                A jednak. Trzeba było sobie uświadomić to, że wszystko się skończyło. Że nie otrzymam od ciebie żadnej wiadomości na dzień dobry, na dobranoc i że nie usłyszę już że ci na mnie zależy. Wiedziałam, że to zrobisz. Kto by chciał dziewczynę z problemami, która zamiast wziąć się w garść, podcina sobie żyły.
                Zrobiło mi się zimno. To ty powinieneś teraz mnie przytulać, a nie ta cholerna bluza.
                Pomyliłeś się. Teraz nic nie jest lepiej. Dzięki tobie przestałam się ciąć, z tobą wreszcie czułam, że nie jestem sama. Wiedziałam, że mogę na kogoś liczyć. Obiecałam ci, że więcej tego nie zrobię. Ale chyba złamię tą obietnicę.
                Mówiłeś, że jestem na zawsze. Że to się nie wypali jak zwykła zapałka, bo to nie jest zwykłe. Kłamałeś. Jak zawsze.
                                                                                  ***
                Patrzyłam na żyletkę jak na coś o czym już dawno zapomniałam. O czymś co kiedyś kochałam ale mi zbrzydło. Czy można pokochać coś na nowo? Kiedyś to ona była moim jedynym przyjacielem. Jedyną podporą.
                Przyłożyłam ją do ręki. Jednak coś krzyczało we mnie ‘PRZESTAŃ’, ‘NIE RÓB TEGO’, ‘SKOŃCZYŁAŚ Z TYM’.
                Co jest lepsze? Ból pochodzący z otwartych ran? Czy ból, który pozostał po osobie, która podbudowała twoje życie, sprawiła że na nowo stało się piękniejsze, a później odeszła jak niby nigdy nic?
                Nie mam już nikogo. Nikogo, kto będzie chciał dla mnie żyć. Nikogo dla kogo ja będę chciała się starać. Nikogo kto się tym przejmie i pokaże, że można inaczej.
                Patrzyłam w małe łazienkowe lusterko. Chuda, niby ładna, zwyczajna szatynka. Zwykłe podkrążone, szare i nic nie warte oczy zawsze podpowiadały mi, że jestem do niczego.
                Czarna dziura pochłonęła całe szczęście.
                Po co to rozważam? Lepiej mieć to za sobą. Złamać zasadę, którą ustaliłeś. Ty nie dotrzymałeś słowa.
                Czułam rozdzielającą się skórę. Stary przyjaciel do mnie powrócił.
                Umywalka wyglądała jak rozwinięta róża, a rana jak droga do piekła. Zdążyłam polubić ten widok. Miałam w sobie za dużo wewnętrznych ran by przejąć się tą, którą przed chwilą stworzyłam.
                Ulżyło mi.
                Było mi słabo, ale jednocześnie czułam się silna. Szkaradna otchłań dodawała mi sił.
                                                                                  ***
                - Miałaś tego nie robić. Mówiłaś, że zaczniesz wszystko od nowa.
                - Zaczęłam.
                - Ale nie tak! Miało być lepiej. Obiecałaś, że nawet ja cię zostawi to tego nie zrobisz.
                - Nie wiesz co czuje.
                - Nie wiem, ale miałaś zmienić swoje życie.
                - Nie obchodzi mnie to. Jest jak dawniej. Miało tak być.
                - To ty tak powiedziałaś. Ciągle powtarzasz, że nie masz nikogo. A ja? A twój ojciec? O nas już zapomniałaś? Wiem. To boli. Zostawił cię, ale mogłabyś o nas pamiętać i wiedzieć o tym, ze chcemy dla ciebie szczęścia. Nie rozumiesz, że…
                - Nie, nie rozumiem.
                - Masz jeszcze nas. Mamy już nie ma. Michał odszedł, ale pomyśl też czasem, że masz ojca i siostrę.
                Usłyszałam tylko trzaśnięcie drzwiami.
                I znowu zapadła cisza.
                Rozważałam jej słowa.
                - Masz rację siostrzyczko. Będę o was pamiętać.
                Wyszłam z domu. Ulica jak zwykle zapełniona była samochodami. Zaczęłam biec. Byłam na środku ulicy, gdy usłyszałam swoje imię. Za późno. Mocne uderzenie w moje ciało z rozpędzonego samochodu i zobaczyłam tylko ciemność. Zrzuciłam z siebie cały ciężar.
                                                                                 ***
                Cichy szloch. Dźwięk respiratora. Jego głos wymawiający moje imię. Rozpacz. Sumienie. Powietrze śmierdziało tym wszędzie.
                I to pytanie ‘Dlaczego? Dlaczego wciąż żyje?’
                - Nigdy więcej tego nie zrobię. Boże, dziękuję. Dziękuję, że dałeś jej szanse.
                Zobaczyłam białą jak śnieg sale, szpitalne krzesło i niego klęczącego przed moim łóżkiem z zapłakanymi oczami i drgającymi lekko wargami. Pochylił głowę. Płakał. Chciałam go dotknąć. Powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, ale ręce miałam jak z ołowiu, ciężkie i obolałe. Powoli odzyskiwałam czucie. Nadal czułam swoją ranę na lewej dłoni. Obraz rozmywał mi się pod ciężkimi powiekami.
                Po raz pierwszy w życiu byłam szczęśliwa, że żyję.
                Ktoś wszedł do sali. Zatrzymał się.
                - Magda?
                To był głos mojej siostry.
                - Magda widzisz nas?
                Zapadła grobowa cisza. Wszyscy czekali na moją reakcję. Chciałam coś zrobić, powiedzieć coś, dać znak życia, ale nie potrafiłam ruszyć nawet okiem.
                Wiedziałam, że wszystko się zmieniło. Że znowu będzie inaczej.
                                                                                 ***

                - I że cię nie opuszczę, aż do śmierci.

__
Nareszcie nowe opowiadanie ;) 

niedziela, 30 czerwca 2013

Cztery życia

                Biegłam. Zaczynało brakować mi tchu, ale nie przestawałam. Wiedziałam, że gdybym teraz się zatrzymała byłoby po mnie.
                Dlaczego tak bardzo akurat na mnie mu zależało? Od początku wiedziałam, że to jakiś psychol i nigdy nawet nie próbowałam się do niego zbliżyć. Ani razu jednak, nie spodziewałam się czegoś takiego.
                Minęłam kolejną ulicę i niespodziewanie wpadłam na jakiegoś mężczyznę, który wyłonił się zza rogu.
                - Gdzie się tak spieszysz? – powiedział tym swoim zimnym, przerażającym głosem. – Czyżbyś ode mnie uciekała?
                Nic nie odpowiedziałam. Dyszałam ciężko po dość długim biegu, który jak się zorientowałam nic nie dał. On nie był człowiekiem. On nie był normalny.
                - Nic nie rozumiesz? – złapał mnie za nadgarstek i przybliżył swoją twarz do mojej. – Musisz mi coś zwrócić, coś co zabrałaś mi czterdzieści siedem lat temu.
                Zamarłam. W ogóle nie wiedziałam o co mu chodzi. Przecież ja mam tylko siedemnaście lat. Co mogłam robić na świecie pięćdziesiąt lat temu?!
                - Oddaj mi to! – powiedział spokojnym, ale zbyt zimnym głosem, żeby się nie wzdrygnąć. Szarpnął mnie za łokieć. – Słyszysz?! Bez tego długo nie pożyje.
                Jego twarz była bardzo blisko mojej, czułam jego… po prostu smród. Zimne, niebieskie i bez wyrazu oczy patrzyły na mnie z nienawiścią, a ja nic nie mogłam poradzić. Co miałam mu dać? Paczkę fajek z kieszeni? Czy może wyżutą gumę balonową?
                To wszystko robiło się coraz bardziej pogmatwane. Najpierw śledzi mnie całymi dniami, nawet wykupuje mieszkanie obok mojego, a wreszcie ściga mnie, szarpie na ulicy i żąda czegoś nawet nie mówiąc czego. No dobra. Moja wina. Nie powinnam wychodzić z domu po zmierzchu, ale medalion mówił, że mam wyjść.
                Medalion. Miałam go na sobie, gdy moi rodzice znaleźli mnie pod drzwiami. Miałam tylko kilka miesięcy, nic nie pamiętam. On zawsze ostrzegał mnie przed niebezpieczeństwem, teraz niestety zawiódł. Nie parzył, ani nie robił się zimny. Nawet nie było go stać na to, by po prostu drygnąć, co czasami mu się zdarzało.
                - Słyszysz mała suko?! – odezwał się znowu. Serce mi zamarło. Już nie dyszałam, za dużo emocji. Gdybym wiedziała o co mu chodzi… Oddałabym wszystko za kilka drobnych informacji, wskazówek, cokolwiek. – Nie obchodzi mnie, czy masz to w majtkach, czy gdziekolwiek indziej. Chcę to teraz. Dawaj to! – sprawiał wrażenie jakby chciał mnie rozerwać na strzępy swoimi lodowatymi oczami, które przybrały teraz kolor granatu.
                Medalion ukryty pod swetrem, zrobił się zimny. Nareszcie jakieś wskazówki, ale przykro mi to już wiedziałam. Człowiek, który właśnie przede mną stał chciał mnie zabić, ponieważ coś ode mnie chciał, a ja za Chiny nie mogłam odgadnąć co. To było przytłaczające.
                Srebrny księżyc na mojej szyi mroził mnie tak bardzo jak jeszcze nigdy wcześniej.
                - Czuję, że to na sobie masz – mężczyzna znowu odezwał się zimnym, przeszywającym głosem. – Czuję bijącą energię.
                - Hej! – usłyszałam krzyk, trzask, a później rozluźnienie mocnego uścisku na moim nadgarstku.
                Nim zdążyłam się zorientować znów byłam w ciepłej, lepkiej mazi. Było całkowicie ciemno.
                Nie. Znowu? Znowu byłam w łonie jakiejś kobiety? Proszę was. To już zaczyna być męczące, gdy rozpoczyna się to po raz czwarty i pamięta się wszystko z okresu swoich żyć, ale tylko do momentu porodu. Jak długo, będę rodzić się na nowo?!

Zapewne dotąd, aż nie zginę śmiercią naturalną.

niedziela, 19 maja 2013

Uśmiech



                - Uważaj jak chodzisz! – wrzasnęłam na jakiegoś smarkacza, który niechcący na mnie wpadł.
                Szłam właśnie przepełnionym ludźmi chodnikiem przedmieścia. Tak, przyznaję, że mam zły dzień. Może wstałam lewa nogą? Nie wiem, ale miałam ochotę tylko po prostu na nic nierobienie, najlepiej na jednej z ławek w parku. Dlatego skierowałam się w jego stronę.
Po drodze kupiłam sobie porządną czekoladę z orzechami. I gorącą, mocno słodzoną kawę. Było chłodno, zważając, że była jesień. Miałam nadzieję, że nikogo nie spotkam i, że będę miała ten ranek tylko dla siebie.
Doszłam do parku i usiadłam na jednej z ławek. Wyjęłam z torby moją czekoladę i już miałam zjeść pierwszy kawałek, gdy zauważyłam, że jakieś dziecko się dusi na placu zabaw, który był po środku parku. Nie było w pobliżu nikogo dorosłego. Tylko dzieci okrążyły chłopca.
Zareagowałam od razu. Złapałam swoją torebkę i zaczęłam biec w ich stronę, po drodze wyciągając z kieszeni telefon. Pochyliłam się nad chłopcem, którego twarz była całkiem sina, a oczy wychodziły z orbit.
Nie wiedziałam co robić. Pierwsze co przyszło mi do głowy to pogotowie. Wykręciłam szybko numer i złapałam chłopca za rękę. Uścisnął ją tak mocno, że o mało nie połamał mi kości.
- Pogotowie ratunkowe, słucham? – odezwał się głos w słuchawce.
- Mały chłopiec się dusi! – krzyknęłam.
- Gdzie to się dzieje? Proszę podać adres.
- W parku. Przy Kasztanowej. Na placu zabaw.
- Co się stało? – ona mówiła takim spokojnym głosem. Przecież ten chłopiec mógł lada chwila umrzeć.
- Nie wiem – powiedziałam. – Siedziałam sobie na ławce i nagle zobaczyłam jak ten chłopiec się dusi! Wyślijcie karetkę! Szybko!
- Dobrze, karetka za chwilę tam będzie. Proszę czekać.
Kobieta rozłączyła się, a ja patrzyłam chłopca, który nie mógł złapać oddechu. Nad nim nadal stało kilkoro dzieci, mniej więcej w wieku ośmiu lat.
- Co mu się stało? – zapytałam je, ale nikt mi nie odpowiedział. – Wiecie co mu się stało? – zapytałam jeszcze raz, ale znowu nadaremnie. Spróbowałam, więc z innej beczki. – Gdzie jest jego matka, albo ojciec? Ktokolwiek! – byłam zła, że nikt nie chce mi odpowiedzieć.
W końcu jakaś dziewczynka wskazała na jakąś panią, która spała na ławce za placem z pustą butelką po piwie w ręku.
- Aha – mruknęłam. Spojrzałam na chłopca. Był jeszcze bardziej siny. – Trzymaj się – powiedziałam i pogłaskałam go po głowie. Czułam, że tak trzeba.
Chłopcowi udało się jakoś pare razy złapać oddech, ale nadal się dusił i był bardzo siny, teraz aż fioletowy. Głaskałam go po głowie i pozwalałam ściskać swoją dłoń. Ciągle rozglądałam się nerwowo, czy nie nadjeżdża karetka, ale ona wciąż nie pojawiała się. Pijana kobieta nadal spała na ławce, nie wiedząc co się dzieje z jej synem. Nie chciałam jej budzić, nie chciałam odchodzić od chłopca.
Jest. Usłyszałam zbawienny sygnał syreny. Spojrzałam na chłopca, uśmiechnęłam się i powiedziałam:
- Teraz już wszystko będzie dobrze. Już jedzie karetka.
Widać było, że chłopiec choć nadal straszliwie kaszlał, to trochę się uspokoił.

Godzinę później…

                - Przepraszam? – usłyszałam czyjś głos. – Proszę pani? – widziałam jakąś panią w białym ubraniu jak przez mgłę. Musiałam usnąć, pomyślałam.
                - Tak? – odpowiedziałam sennym głosem.
                - To pani przyjechała z tym chłopcem? – zapytała pielęgniarka.
                - Tak. Już coś wiadomo?
                - Tak, oczywiście – powiedziała. – Chłopiec czuje się już lepiej, ale nie chce powiedzieć jak się nazywa jego mama, albo ktoś z rodziny…
                - Nie dziwie mu się – przerwałam jej.
                - Słucham?
                - Widziałam jego matkę. Podczas, gdy on się dusił, ona spała na jednej z ławek z pustą butelką po piwie w ręku.
                - To nie dobrze – powiedziała. – Musimy go oddać w ręce rodzica, albo opiekuna. Teraz rozumiem co miał na myśli pytając się mnie czy może tu zostać. Kiedy powiedziałam mu, że niestety, ale nie, zapytał, czy mógłby się z panią zobaczyć.
                - Naprawdę?
                - Yhym. Zaprowadzę panią – powiedziała i ruszyła korytarzem.
                Przeszłyśmy tylko pół korytarza i weszłyśmy do pokoju numer osiem. Zobaczyłam tam trzy łóżka i chłopca, którego widziałam około godzinę temu. Gdy mnie zobaczył, szeroko się uśmiechnął. Podeszłam do jego łóżka i usiadłam na krześle.
                - Cześć – powiedziałam. – Jak się czujesz?
                - Lepiej – odpowiedział. – Dziękuję pani, dziękuję, że pani tam była. Gdyby nie pani… - spuścił wzrok.
                Zrobiło mi się go żal. Chciałam mu pomóc ale nie wiedziałam jak. Chłopiec zmarkotniał. Uśmiech spełzł z jego ust. Współczułam mu i chociaż nie znałam jego matki, to nienawidziłam jej z całych sił.
                - Może czegoś potrzebujesz? – „Puste słowa” – pomyślałam. Ale co innego mogłam powiedzieć. Nic innego nie przychodziło mi do głowy, a milczenie jakie zapanowało w sali było nie do zniesienia.
                - Mamy – odpowiedź zupełnie mnie zaskoczyła. – Takiej prawdziwej. Trzeźwej. Takiej, która będzie chciała ze mną porozmawiać. – chłopiec był nadzwyczaj mądry i niestety smutny, a to najbardziej mnie przytłaczało. Uścisnęłam jego dłoń.
                Co mogłam mu w takiej sytuacji powiedzieć? Miałam w głowie pustkę. Jeszcze ta cholerna cisza. Nie chciałam tego robić, ale musiałam spytać.
                - A… Słuchaj… - próbowałam zacząć delikatnie, ale niespecjalnie mi to wychodziło. – Nie masz jakiejś rodziny, babci, albo ciotki? – czekałam niespokojnie na odpowiedź.
                - Nie – powiedział. – Nie znam nikogo z rodziny oprócz mamy.
                - A… Jak masz na imię? – zapomniałam o tak ważnym szczególe.
                - Hubert.
                - Aha – powiedziałam. – A wiec Hubert, czy twoja mama gdzieś pracuje?
                - Nie – odpowiedział. – Ale czasami wymyka się nocą z domu. Nie mam pojęcia gdzie.
                - Yhym. – zamruczałam. Wiedziałam co to oznacza. Jego matka była prostytutką i pijaczką. „Ten chłopak nie zasłużył na takie życie” – pomyślałam. Czułam, że muszę coś zrobić.
                Zastanawiałam się tylko dlaczego ten chłopak nie zna swojej rodziny. Może jego matka jest sierotą, albo po prostu wpadła,  jak to nazwał Hubert „wymykając się nocą z domu”? Nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem, ale ciągle w głowie miałam tylko jedno zdanie „muszę coś zrobić”, ale co? Jak mam mu pomóc? Jak odzyskać jego dzieciństwo?
- Słuchaj, Hubert – odezwałam się po długiej ciszy. – A może chciałbyś od czasu do czasu wyskoczyć ze mną na miasto?
                Chłopiec patrzył na mnie uważnie. Miałam nadzieję, że się zgodzi. Jego szare oczy błyszczały w słońcu, które przebijało się  przez okno.
                - Mówi pani poważnie?
                - Jaka pani? – powiedziałam. – Jestem Iza – powiedziałam i podałam mu dłoń. Uścisnął ją z szerokim uśmiechem.  – Byłoby fajnie – powiedziałam.
                Chłopak myślał przez chwilę.
                - Cieszę się, że panią spotkałem – powiedział. – Mogę panią przytulić?
                Totalnie mnie zaskoczył. Ale co mogłam zrobić? Nie mogłam mu odmówić, a nawet nie chciałam. Wstałam i objęłam go i chociaż nie widziałam jego twarzy, to wiedziałam, że się uśmiecha, a to zupełnie mi wystarczyło. Byłam szczęśliwa jak nigdy dotąd i cieszyłam się jak dziecko z tego beztroskiego uśmiechu, który udało mi się wywołać. 

niedziela, 5 maja 2013

Prawie wszystko zepsuł

Takie krótkie opowiadanie na rozpoczęcie działalności ;). Mam nadzieję, że przypadnie wam do gustu i będziecie chcieli więcej. :)

        - Niech to szlag! – szłam właśnie zaśnieżonym chodnikiem parku, mając świadomość że to był najgorszy dzień w moim życiu. – Dlaczego on zawsze musi wszystko zepsuć?! – pytałam samą siebie.
Usiadłam na ławce, aby to wszystko na spokojnie przemyśleć. Było zimno i ciemno, ale nie przejmowałam się tym. Mój ojciec. Tak. To on był ciągle sprawcą nieporozumień. On nawet nie był alkoholikiem. On był pijakiem. Mama była ciągle bita. Codziennie widziałam na jej twarzy, albo innej części ciała nowego sińca, albo świeże zadrapanie. To było już nie do zniesienia. Wiedziałam, że muszę coś z tym zrobić, bo jak nie ja to kto? Miałam iść na policje? Jak tam pójdę to przecież od razu go nie zamkną, a wtedy wpadnie w jeszcze większy szał.
Co mogę zrobić? Jedyne rozsądne wyjście jakie widziałam  to wyprowadzka do babci, ale mama nigdy się na to nie zgodzi. Nie będzie chciała, żeby babcia dowiedziała się o piekle w naszym domu. Ale może jednak, wbrew temu co mówiła mama, porozmawiać z babcią? Ona zawsze znajdowała na wszystko jakieś wyjście.
Wyjęłam telefon. Była 23:36. Babcia na pewno już śpi, nie warto jej budzić. Schowałam telefon z powrotem do kieszeni. Ciekawe, czy Michał będzie chciał jeszcze ze mną rozmawiać. Nie wiem, czy będę potrafiła spojrzeć mu w oczy, ale może powinnam do niego zadzwonić?
Ponownie wyjęłam telefon. Jeden sygnał… drugi…
- Majka?! – usłyszałam jego głos w słuchawce. – Gdzie jesteś? Nic ci nie jest? Jesteś bezpieczna? Odezwij się!
- Nic mi nie jest – dopiero, gdy odezwałam się na głos, poczułam jak bardzo jest mi zimno.
- Gdzie jesteś do cholery?! – wrzasnął do słuchawki.
- Nie ważne – powiedziałam. – Michał… Przepraszam cię za to. Nie masz pojęcia jak bardzo jest mi wstyd.
- Co ty gadasz? – powiedział. – Zwariowałaś? Mów szybko gdzie jesteś, albo przyjeżdżaj do mnie. Na pewno zmarzłaś na kość
- Nie. Poczekam, aż ojciec zaśnie i wracam do domu.
- Nie zgadzam się! On cię zakatuję jak cię zobaczy, nie będziesz ryzykować!
- Przepraszam cię, Michał. Cześć.
- Nie! Poczekaj! – wydarł się na cały regulator. – Nie rozłączaj się! Proszę cię. Nawet nie wiesz jakiego mi napędziłaś stracha. Szukam cię od dwóch godzin. Jeżeli zaraz cię nie zobaczę wpadnę w obłęd! – uśmiechnęłam się do słuchawki. Jak miło było usłyszeć, że komuś na mnie zależy. – Majka? Jesteś?
- Jestem – odpowiedziałam.
- To jak? Mogę cię zobaczyć? – zapytał. Milczałam. – Halo?
- No dobrze. Ale tylko na chwilę. Później wracam do domu.
- Więc gdzie jesteś?
- Spotkajmy się we wschodnim końcu parku.
- Okej – powiedział. – Tylko nie zwiej!
Dobrze wiedziałam, że to spotkanie nie potrwa „tylko chwilę”. I szczerze powiedziawszy miałam nadzieję, że będzie trwało wieki.
Choć wciąż miałam przed oczami ojca, który próbuje uderzyć Michała, „bo koło mnie stał”, gdy spotkaliśmy się na mieście, to miałam wielką nadzieję, ze nie będę musiała o tym  z nikim rozmawiać, a już na pewno nie z chłopakiem, który tak bardzo mi się podobał. Nie powinnam wtedy uciekać. Zachowałam się jak zwykły tchórz. Jestem zła na siebie, że nie potrafię opanować łez i muszę za każdym razem uciekać, by je ukryć, tak jak dwie godziny temu. Było mi wstyd przed Michałem, że wszystko tak się potoczyło. Było mi wstyd, że mam takiego ojca.
- Majka? – usłyszałam moje imię za swoimi plecami. To był głos Michała. Radość wypełniła mnie od środka. Odwróciłam się.
- Michał? – zapytałam.
- Boże, Majka! – zaczął biec w moją stronę. – Jak się cieszę, że wreszcie cię widzę. Już myślałem, że coś ci się stało – uściskał mnie jak najmocniej potrafił.
- Michał… - szepnęłam mu do ucha i odwzajemniłam uścisk. – Dziękuję, że jesteś. Dziękuję, że mnie szukałeś.
- Kocham cię, Majka – powiedział. – Zawsze chciałem to powiedzieć.
Wydawało mi się, że to był najgorszy dzień w moim życiu, a tak naprawdę, był najpiękniejszy.

:)